Ślady dawnej świątyni pod MOK-iem w Lesznie
Jak przyznaje miejski konserwator zabytków w Lesznie, Maciej Urban, badacze od samego początku podejrzewali, że plac budowy skrywa historyczne skarby. Ich istnienie potwierdzał m.in. dokładny geodezyjny plan miasta z 1790 roku, sporządzony tuż po ostatnim wielkim pożarze Leszna.
Początkowe wykopy pod widownią MOK-u nie przyniosły sensacji – odkryto tam jedynie fundamenty późniejszej kamienicy. Prawdziwy przełom nastąpił, gdy archeolodzy zaczęli kopać głębiej.
„Podczas prac związanych z przebudową i rozbudową sali natrafiono na różnego rodzaju fundamenty. Co ważne, spodziewaliśmy się, że możemy na nie trafić” – relacjonuje Maciej Urban. „Najbardziej interesujące fundamenty, wykonane z cegły o długości prawie 30 centymetrów, znaleziono bezpośrednio pod sceną, w dawnych garderobach”.
W zasypie ziemnym archeolodzy znaleźli również ludzkie kości. To pamiątka po dawnym, jedynym katolickim cmentarzu w mieście, który niegdyś rozciągał się na całym tym terenie.
Kościół dla „jednego procenta”. Niezwykła historia świątyni
Świątynia powstała na przełomie XVI i XVII wieku z inicjatywy Zofii Opalińskiej z Bnina (córki wojewody kujawskiego Andrzeja Leszczyńskiego), gorliwej katoliczki. Choć dziś może to brzmieć niewiarygodnie, kościół powstał dla garstki wiernych, którzy w tamtym okresie stanowili w Lesznie absolutną mniejszość.
„Myślę, że było to zaledwie od 1 do maksymalnie 5 procent całej populacji” – szacuje udział katolików w ówczesnym Lesznie Maciej Urban.
Dawne Leszno było bowiem prężnym azylem dla uchodźców religijnych: braci czeskich oraz luteranów, którzy uciekali przed wojną m.in. ze Śląska (tylko w 1628 roku przybyło tu około 5000 protestantów z okolic Góry). Dominował język niemiecki oraz czeski. Nawet miejski kościół św. Mikołaja znajdował się wtedy w rękach braci czeskich. Świątynia pw. św. Ducha miała być jedyną ostoją dla lokalnych katolików.
Fatum nad świątynią: dwa pożary i rosyjski pułkownik
Jak wyglądał zapomniany kościół? Konserwator opisuje go jako okazałą, lecz bardzo podatną na ogień konstrukcję:
„Była to murowana świątynia, dość duża i oszkarpowana – czyli z przyporami podobnymi do tych, jakie ma kościół św. Jana w Lesznie, choć o mniejszych rozmiarach. Nie posiadała jednak murowanego sklepienia, lecz drewniany strop, nad którym wznosiła się zapewne ciekawa drewniana więźba dachowa. Wysoki dach najprawdopodobniej pokryty był gontem, co oczywiście czyniło tę świątynię bardzo łatwopalną”.
Niestety, czarny scenariusz ziścił się dwukrotnie. Kościół po raz pierwszy spłonął w 1656 roku podczas potopu szwedzkiego, ale został odbudowany. Pół wieku później spotkał go ostateczny cios.
„Po pożarze z 1707 roku, kiedy rosyjski pułkownik Szulc podpalił miasto, skala zniszczeń była tak ogromna, że świątyni już nie odbudowano, lecz sukcesywnie ją rozbierano” – wyjaśnia Maciej Urban.
Odzyskane z pogorzeliska cegły posłużyły okolicznym mieszkańcom m.in. do łatania budynków sąsiedniego szpitala oraz muru cmentarnego.
Ocalałe skarby: Nadpalona św. Barbara i portret trumienny
Choć mury kościoła zniknęły z powierzchni ziemi pod koniec XVIII wieku, do naszych czasów przetrwali niezwykli świadkowie tamtej epoki. Jednym z nich jest bezcenny zabytek sztuki sakralnej:
„Wiemy dokładnie, że w kościele znajdowały się dwa ołtarze, z których jeden był pod wezwaniem świętej Barbary. Co ciekawe, z tego ołtarza ocalała nadpalona, wczesno-XVII-wieczna drewniana figurka przedstawiająca tę świętą. Ta oryginalna rzeźba do dziś znajduje się w Lesznie, w rękach prywatnych spadkobierców dawnego Hotelu Polskiego, czyli dzisiejszego budynku biblioteki” – zdradza konserwator.
Drugim niemym świadkiem jest zachowany w parafii św. Mikołaja portret trumienny fundatorki, Zofii z Bnina Opalińskiej (zmarłej w 1629 roku). Napis na nim wprost potwierdza, że to ona wybudowała zniszczoną świątynię. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że jej szczątki spoczęły właśnie w podziemiach kościoła św. Ducha.
Szklana podłoga w Lesznie? Konserwator kreśli wizję przyszłości
Nadzór nad trwającymi pracami archeologicznymi sprawuje Wojewódzki Konserwator Zabytków w Poznaniu. Jeśli podczas kolejnych etapów robót (np. na dziedzińcu dawnej biblioteki) odsłonięte zostaną dalsze relikty kościoła, miasto stanie przed szansą na stworzenie wyjątkowej atrakcji turystycznej.
Maciej Urban przyznaje, że liczył na nieco więcej pozostałości bezpośrednio pod widownią:
„Spodziewałem się w zasypie ziemnym pod widownią dawnego MOK-u znacznie więcej zachowanych murów czy przyziemia tego kościoła. W tym fragmencie na żadne fundamenty jednak nie natrafiono. Jeśli tam są, to leżą znacznie głębiej”.
Jednak wciąż istnieje szansa na spektakularną ekspozycję pozostałych elementów zabytku.
„Tego typu odkrycia można zaprezentować na dwa sposoby. Pierwszym jest wykonanie przeszklonej, podświetlanej posadzki, by pokazać je z góry. Drugim, znacznie szerszym, jest odsłonięcie całych reliktów i stworzenie pod żelbetowym stropem pełnego dostępu do fundamentów i przyziemia dawnego kościoła” – proponuje Maciej Urban, wskazując jako wzór rozwiązania znane z podziemi katedr w Poznaniu i Gnieźnie.