Leszno dawnych rzemieślników
Dzwon odlany został w Lesznie w 1730 roku w ludwisarni Stephana Wernera. Wiadomo, że Stephan Werner urodził się w Norymberdze i jako młody człowiek przywędrował przez Wrocław do Leszna, gdzie się osiedlił. Zmarł w Lesznie w wieku 76 lat. Miał trzy żony i kilkoro dzieci, a mieszkał w domu przy ulicy Zamkowej (dzisiejszej Wolności).
- Dla nas ważne jest przede wszystkim to, że jest to jedyny dzwon odlany w ludwisarni Stephana Wernera, który mamy teraz już w swoich zbiorach. Tych dzwonów zachowało się bardzo niewiele. Mimo, że Werner pracował w Lesznie przez kilkadziesiąt lat i odlał sporo dzwonów i mnóstwo innych przedmiotów (to były zarówno żelazka, kotły, różnego rodzaju utensylia domowe), ale to się potem przetapiało. Każda wojna przecież następowała grabież dzwonów, które potem przetapiano. W związku z tym dla nas jest to wielki skarb, bo jest to uzupełnienie kolekcji wyrobów rzemieślników leszczyńskich z XVII i XVIII wieku. Mamy złotników, mamy konwisarzy, teraz mamy też ludwisarza, więc jest to dla nas znaczący obiekt – mówi Małgorzata Gniazdowska, z Muzeum Okręgowego w Lesznie.
Muzeum zakupiło dzwon od leszczyńskiego antykwariusza, który nabył go jakiś czas temu na rynku antykwarycznym. Jego historia jest jednak nieznana. Nie wiadomo, gdzie i komu bił.
- Niestety nie wiemy, gdzie ten dzwon był użytkowany. Na czasie dzwonu mamy tą inskrypcję mówiącą kto i kiedy odlał. Mamy inskrypcję odnoszącą się do Chrystusa i Maryi, czyli możemy przypuszczać, że ten dzwon pierwotnie był w kościele katolickim. My przypuszczamy, patrząc na to, gdzie dzwony Wernera się pierwotnie znajdowały, że to był prawdopodobnie jakiś kościół na pograniczu wielkopolsko-śląskim, tym bardziej, że Werner też miał związki z Wrocławiem – mówi M. Gniazdowska. - Mamy taką inskrypcję łacińską, która w wolnym tłumaczeniu mówi „Kiedy dzwonię wszelkie zło ucieka”. Ale nie ma ani nazwiska fundatora, ani miejsca, bo czasem na płaszczach dzwonów są one odlane. Tu niestety tego nie ma i pozostaje to zagadką.
Dzwon bez serca
Co ciekawe, dzwon używany był jako tzw. dzwon zegarowy, z niższą w który uderza się młoteczkiem. Mimo że ma tradycyjną formę dzwonu wiszącego - z koroną, płaszczem i sercem.
- Dzwon rzeczywiście myśmy kupili (i on tak służył) jako dzwon zegarowy, czyli nie posiadał serca, a na płaszczu widać ślad po uderzaniu młoteczka, który wybijał na przykład godzinę. Natomiast pan profesor Marceli Tureczek (od red. – historyk i badacz dzwonów) stwierdził, że ten dzwon pierwotnie był klasycznym dzwonem, który wisiał gdzieś na wieży, na belce i miał serce. I prawdopodobnie to wtórne użycie i uderzanie młoteczka w stosunkowo cienki, dolny kraniec dzwonu spowodowało pęknięcie, które jest takim elementem uszkodzenia dzwonu - tłumaczy pracownik muzeum.
Dzwony odlewane były na specjalne zamówienie. Najczęściej w pobliżu miejsca docelowego, z uwagi na swoje gabaryty i ciężar oraz kłopotliwy transport, podczas którego narażone były na uszkodzenia.
- Zbierano materiał wśród ludzi. Ludzie ofiarowywali jakieś naczynia mosiężne, cynowe i z tego tworzono stop. To bywało później dość problematyczne w trakcie używania, ponieważ ten materiał ze względu na swoje właściwości fizyko-chemiczne różnie się rozkładał w dzwonie i bywało, że powodowało to po iluś tam latach użytkowania uszkodzenia – wyjaśnia Małgorzata Gniazdowska.
Dzwon zakupiony został dzięki dofinansowaniu z programu Narodowego Instytutu Muzeów, z pieniędzy Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Oglądać można go na ekspozycji stałej "Na styku światów. Historia Leszna od XVI do XX wieku" w budynku muzeum, dawnej synagodze przy ul. Narutowicza w Lesznie.