Zamiast siłowni – praca dla wspólnego dobra
Dla pana Grzegorza, który na co dzień pracuje jako taksówkarz, koszenie trawy to nie tylko społeczny obowiązek, ale przede wszystkim relaks i sposób na utrzymanie kondycji po godzinach spędzonych za kierownicą. Jak sam przyznaje, codzienne dwie godziny z kosiarką to doskonała alternatywa dla płatnych treningów.
„Robię to z jednej strony dla przyjemności, żeby na przykład trzymać kondycję, bo tu trzeba zrobić dużo kroków. Lepiej skosić coś pożytecznego, jak iść do siłowni się zmęczyć, jeszcze stracić pieniądze” – wyjaśnia pan Grzegorz.
Koszty paliwa, które wynoszą około 10 zł na dwie godziny pracy, pokrywa z własnej kieszeni, uznając to za inwestycję tańszą niż karnet na siłownię.
Sam kontra miejskie służby
Pan Grzegorz zdecydował się na działanie, gdy zauważył, że prośby i maile o uporządkowanie zieleni często pozostają bez echa. Jego obserwacje wskazują na dużą nieefektywność w oficjalnych działaniach. Wspomina sytuację, w której sześcioosobowa ekipa z ciężkim sprzętem kosiła dany odcinek przez cztery dni, podczas gdy on sam, operując zwykłą kosiarką, byłby w stanie wykonać znaczną część tej pracy w zaledwie kilkanaście godzin.
Marzenie o „Wielkim Koszeniu”
Działania pana Grzegorza spotykają się z bardzo pozytywnym odbiorem mieszkańców. Jego celem jest zainspirowanie innych, by również zadbali o swoje najbliższe otoczenie. Społecznik z sentymentem wspomina dawne czyny społeczne i wierzy, że wspólna praca mogłaby zintegrować lokalną społeczność.
„Kiedyś były czyny społeczne, w latach PRL-u i to było bardzo dobre. Świetna sprawa, można by na przykład zrobić w Lesznie coś takiego w sobotę. Wielkie koszenie. Przecież każdy ma kosiarkę” – proponuje społecznik.
Pan Grzegorz kosi społecznie już trzy lata. Nie zamierza skończyć, ale planuje kupić nowy sprzęt, by kosić jeszcze więcej i dokładniej.